Brian Aldiss
Non Stop
. 5 .
Bezdro�a
Cz�sto u�ywane w Kabinach porzekad�o brzmia�o: „Dzia�aj
bez namys�u". Pop�dliwo�� uwa�ano za dow�d m�dro�ci, a spryciarze dzia�ali
zawsze pod wp�ywem impulsu. By�a to jedyna mo�liwa postawa, gdy� przy sta�ym
braku okazji do jakiegokolwiek dzia�ania zawsze istnia�a mo�liwo��, �e
obezw�adniaj�cy stan bezczynno�ci ogarnie ca�y szczep. Marapper, kt�ry by�
specjalist� w wykorzystywaniu wszelkich zasad do swoich cel�w, u�y� tego
dogodnego argumentu, aby zmobilizowa� pozosta�ych trzech cz�onk�w swojej
ekspedycji. Pozbierali pakunki, na�o�yli kurtki, zabrali paralizatory, po czym
ponuro pod��yli za nim korytarzami osiedla. Ma�o kogo spotkali po drodze, a ci,
kt�rych mijali, nie okazali specjalnego zainteresowania - po ostatnim festynie
kac zbiera� obfite �niwo. Marapper zatrzyma� si� przed drzwiami swego mieszkania
i si�gn�� po klucz.
- Dlaczego si� zatrzymujemy? Jak si� b�dziemy tutaj
kr�cili, z�api� nas niechybnie i por�bi� w drobne kawa�eczki. Je�eli ju� mamy
i�� w glony, to id�my od razu.
Marapper zwr�ci� swoj� grubia�sk� twarz w stron�
pytaj�cego, ale zaraz odwr�ci� si� z powrotem nie poni�aj�c si� do odpowiedzi.
Zamiast tego otworzy� drzwi i zawo�a�:
- Wychod�, Roy, i poznaj swoich towarzyszy!
Jak przysta�o na dobrego �owc�, zawsze czujnego, Complain
ukaza� si� w drzwiach z paralizatorem w pogotowiu. Spokojnie zlustrowa� tr�jk�
stoj�c� ko�o Marappera - zna� ich wszystkich. Oto Bob Fermour, z �okciami
opartymi o dwie wypchane przytroczone do pasa sakwy i z oboj�tnym u�miechem.
Wantage, nieustannie obracaj�cy w r�ce zaostrzony kij, i Ern Roffery, wyceniasz,
z wyzywaj�cym, nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Complain patrzy� na nich d�ugo.
- Nie opuszcz� Kabin z t� zbieranin�, Marapper - rzek�
wreszcie stanowczo. - Je�eli to s� ci najlepsi, jakich mog�e� znale��, to nie
licz na mnie. S�dzi�em, �e to b�dzie powa�na ekspedycja, a nie szopka.
Kap�an wyda� d�wi�k przypominaj�cy gdakanie kury i ruszy� w
jego stron�, ale Roffery odepchn�� go i stan�� przed Complainem z r�k� na kolbie
paralizatora. Jego w�sy drga�y niebezpiecznie blisko brody Complaina.
- A wi�c m�j przedsi�biorczy specjalisto mi�sny - rzek�. -
To tak si� zachowujesz? Nie poznajesz swoich prze�o�onych? Je�eli my�lisz...
- Tak si� zachowuj�... - powiedzia� Complain. - A ty zostaw
t� zabawk�, kt�r� masz w olstrze, bo ci przypiek� palce. Kap�an powiedzia� mi,
�e to ma by� ekspedycja, a nie wygarnianie m�t�w z burdelu.
- I to j e s t ekspedycja! - rykn�� duchowny zapluwaj�c si�
z w�ciek�o�ci i obracaj�c trz�s�c� twarz to do jednego, to do drugiego. - To j e
s t ekspedycja i na Boga udacie si� ze mn� w Bezdro�a, nawet gdybym mia� sam
zawlec tam wasze zw�oki. Wy, durnie, co plujecie w swoje g�upie g�by, n�dzni
g�upcy, czy nie zdajecie sobie sprawy, �e nie jeste�cie warci nawet mrugni�cia
okiem kogo� takiego jak wy sami, nie m�wi�c ju� o mnie! Bierzcie swoje rzeczy i
idziemy, bo inaczej zawo�am stra�nik�w.
Ta gro�ba by�a tak idiotyczna, �e Roffery wybuchn��
niepohamowanym �miechem.
- Przy��czy�em si� do ciebie, aby nie musie� patrze� na
takich wymoczk�w jak Complain - rzek�. - Ale c�, twoja w tym g�owa! Prowad�,
jeste� przecie� wodzem!
- Je�eli tak uwa�asz, to po co tracisz czas na g�upie
sceny? - spyta� opryskliwie Wantage.
- Poniewa� jestem zast�pc� dow�dcy - odrzek� Roffery - i
mog� robi� takie sceny, na jakie mam ochot�.
- Nie jeste� �adnym zast�pc� dow�dcy, Ern - wyja�ni�
�agodnie Marapper. - Ja was prowadz�, r�wnych wobec prawa.
Na te s�owa Wantage roze�mia� si� z�o�liwie, a Fermour
rzek�:
- Je�eli przestali�cie si� ju� �re�, to mo�e p�jdziemy,
zanim nas tu nakryj� i pogodz�.
- Nie tak pr�dko - powiedzia� Complain. Ja ci�gle
jeszcze nie wiem, co tu robi ten wyceniacz. Dlaczego nie zajmie si� wycenianiem?
Mia� ciep�� posadk�, dlaczego j� porzuci�? Nie mog� tego zrozumie�, na jego
miejscu nigdzie bym si� nie rusza�.
- Bo nie masz nawet tyle rozumu co �aba - warkn�� Roffery
napieraj�c ca�ym cia�em na wyci�gni�te rami� kap�ana. - Wszyscy mamy jakie�
powody, aby porzuci� t� zwariowan� osad�, ale moje powody to nie tw�j interes.
- Czego robisz o wszystko tyle zamieszania, Complain! -
krzykn�� Wantage. - A dlaczego ty idziesz z nami? Jestem ca�kowicie pewien, �e
nie mam ochoty na twoje towarzystwo.
Nagle mi�dzy nimi pojawi� si� kr�tki miecz kap�ana.
Widzieli, jak bielej� mu palce kurczowo zaci�ni�te na r�koje�ci.
- Jako �wi�ty cz�owiek - warkn�� - przysi�gam na ka�d�
kropl� zepsutej krwi w Kabinach, �e wy�l� w D�ug� Podr� pierwszego, kt�ry si�
odezwie.
Stali w milczeniu, zesztywniali z nienawi�ci.
- S�odkie, pok�j czyni�ce ostrze - wyszepta� Marapper, a
potem zdejmuj�c tobo�ek z ramienia rzek� ju� normalnym g�osem:
- Przytrocz to sobie na plecach, Roy, i we� si� w gar��.
Ern, zostaw ten paralizator, zachowujesz si� jak dziewczynka, kt�ra dosta�a now�
lalk�. Uspok�jcie si� i chod�cie, tylko w zwartej grupie. Musimy przekroczy�
jedn� z barykad, aby dosta� si� w Bezdro�a, wi�c trzymajcie si� mnie. To nie
b�dzie takie proste.
Zamkn�� drzwi do mieszkania, popatrzy� w zamy�leniu na
klucz, po czym schowa� go do kieszeni. Nie zwracaj�c uwagi na pozosta�ych ruszy�
korytarzem. Przez moment wahali si�, ale po chwili pod��yli za nim. Marapper z
kamiennym spokojem patrzy� przed siebie ignoruj�c ich ca�kowicie, jakby nale�eli
do innego, niepe�nowarto�ciowego �wiata.
Doszed�szy do nast�pnego skrzy�owania korytarzy skr�ci� w
lewo i po chwili znowu w lewo. Ten ostatni korytarz prowadzi� do kr�tkiej,
�lepej uliczki zamkni�tej furtk� z siatki. Sta� tam stra�nik, gdy� by�a to jedna
z bocznych barykad. Stra�nik by� spokojny, ale czujny: Siedzia� na skrzynce, z
brod� opart� na r�ce, ale gdy tamta pi�tka ukaza�a si� na zakr�cie, natychmiast
zerwa� si� wymierzaj�c w nich paralizator.
- By�bym szcz�liwy mog�c strzela�! - zawo�a� u�ywaj�c
zwyczajowego ostrze�enia.
- A ja umieraj�c - odpowiedzia� pogodnie Marapper. -
Schowaj bro�, Twemmers, nie jeste�my Obcy. Robisz wra�enie zdenerwowanego:
- Sta�, bo strzelam! - krzykn�� stra�nik Twemmers. - Czego
chcecie? Zatrzyma� si�, ca�a pi�tka!
Marapper nie zwolni� kroku, a pozostali szli powoli za nim.
Complaina zaintrygowa�a ta scena, chocia� nie wiedzia� dok�adnie dlaczego.
- Masz ju� za s�aby wzrok do tej pracy, przyjacielu! -
zawo�a� kap�an. - Musz� powiedzie� Zilliacowi, �eby ci� odwo�ano. To ja,
Marapper, tw�j kap�an, rzecznik twojej w�tpliwej normalno�ci, wraz z kilkoma
lud�mi dobrej woli. Nie ma dla ciebie dzi� krwi, cz�owiek ...
- Mog� zastrzeli� ka�dego - zagrozi� wojowniczo Twemmers
wymachuj�c broni�, ale cofaj�c si� r�wnocze�nie w stron� drucianej furtki
znajduj�cej si� za jego plecami.
- Zachowaj sobie t� bro� na lepszy cel, chocia� nie wiem,
czy ci si� trafi wi�kszy - rzek� duchowny. - Mam tu co� wa�nego dla ciebie.
W czasie tej wymiany zda� Marapper nie zwolni� kroku ani na
chwil�, a� znalaz� si� bardzo blisko stra�nika. Nieszcz�nik zawaha� si�; inni
stra�nicy byli wprawdzie w zasi�gu g�osu, ale fa�szywy alarm m�g� oznacza� dla
niego ch�ost�, a jemu bardzo zale�a�o na zachowaniu swojego skromnego
stanowiska. Te kilka sekund wahania okaza�o si� fatalne w skutkach - kap�an by�
ju� przy nim. Szybko wyci�gn�� spod p�aszcza sw�j kr�tki miecz, ze st�kni�ciem
wbi� go g��boko w brzuch stra�nika, zakr�ci�, po czym zr�cznie zarzuci� sobie na
rami� jego zgi�te wp� cia�o. Kiedy r�ce Twemmersa zacz�y uderza� bezw�adnie o
jego plecy, st�kn�� znowu, tym razem z zadowoleniem.
- �wietna robota, ojcze - rzek� z uznaniem Wantage. - Sam
nie zrobi�bym tego lepiej.
- Mistrzowska! - zawo�a� z szacunkiem w g�osie Roffery.
- Przyjemnie zobaczy� duchownego, kt�ry tak doskonale
potrafi wprowadza� w �ycie tre�� swoich nauk.
- Przyjemno�� po mojej stronie - mrukn�� Marapper - ale nie
m�wcie tak g�o�no, bo te psy nas dopadn�. Fermour, we� to, dobrze?
Cia�o zosta�o przeniesione na rami� Fermoura, kt�ry b�d�c
prawie o g�ow� wy�szy od pozosta�ych najlepiej si� do tego celu nadawa�.
Marapper ze swobod� wytar� ostrze w kurtk� Complaina, schowa� miecz i
zainteresowa� si� furtk�.
Z jednej ze swych przepastnych kieszeni wyci�gn�� no�yce do
drutu i przeci�� nimi z��cze furtki. Chwyci� za klamk�, furtka ust�pi�a na jaki�
cal, ale dalej nie pu�ci�a. Kap�an mocowa� si� z ni� post�kuj�c, ale
bezskutecznie.
- Pozw�l - rzek� Complain.
Poci�gn�� z ca�ej si�y i furtka ze zgrzytem zardzewia�ych
zawias�w otworzy�a si� nagle. Ukaza�a si� studnia, ziej�cy czarny otw�r. Cofn�li
si�, przera�eni.
- Ten ha�as powinien sprowadzi� wszystkich stra�nik�w z
Kabin - rzek� Fermour studiuj�c z zainteresowaniem napis: „Dzwo� na wind�"
umieszczony obok studni. - Co dalej, kap�anie?
- Przede wszystkim wrzucaj tu cia�o - rzek� Marapper. -
Tylko �ywo!
Cia�o zosta�o wrzucone w ciemny otw�r i po chwili z
satysfakcj� us�yszeli g�uchy �omot.
- Koszmar! - zawo�a� z upodobaniem Wantage.
- Jeszcze ciep�y - wyszepta� Marapper. Chyba darujemy
sobie rytua� pogrzebowy, zw�aszcza je�li sami chcemy utrzyma� si� przy �yciu.
No, a teraz jazda, nie b�jcie si�, dzieci, ten ciemny otw�r jest dzie�em
cz�owieka, kiedy�, jak s�dz�, kursowa�o tam co� w rodzaju pojazdu. P�jdziemy w
�lady Twemmersa, ale oczywi�cie nie z tak� szybko�ci�.
Po�rodku otworu zwisa�y kable. Kap�an chwyci� je i
ostro�nie opu�ci� si� na r�kach do ni�szego poziomu. Maj�c pod nogami ziej�cy
otw�r stan�� na w�skiej p�eczce, a potem jedn� r�k� uj�� siatk�, a drug� no�yce
do ci�cia drutu. Ci�gn�c ostro�nie i podpieraj�c si� nog� zrobi� w furtce otw�r
na tyle du�y, �e si� m�g� przecisn��. Wszyscy, jeden po drugim, poszli w jego
�lady. Complain ostatni opu�ci� g�rny poziom. Zsun�� si� w d� po kablu,
przesy�aj�c Kabinom pozbawione �yczliwo�ci po�egnanie. Milcz�ca pi�tka sta�a w
zimnej po�wiacie.
Byli na obcym terenie, ale ka�da nowa g�stwina glon�w
przypomina�a poprzednie.
Staj�c na palcach Marapper zamkn�� zr�cznie za nimi furtk�
i spojrza� przed siebie wyprostowuj�c si� jednocze�nie i poprawiaj�c p�aszcz.
- Chyba ju� do�� jak na jedn� jaw� i na tak starego
duchownego jak ja - powiedzia� chyba �e chcecie podj�� dyskusj� na temat
dowodzenia.
- Ta sprawa nie budzi�a nigdy w�tpliwo�ci - rzek� Complain
patrz�c wyzywaj�co w stron� Roffery'ego.
- Nie pr�buj mnie prowokowa� - ostrzeg� wyceniasz. - Id� za
naszym ojcem, ale rozwal� ka�dego, kto b�dzie rozrabia�.
- B�dziemy mieli dosy� k�opot�w, aby zaspokoi� najbardziej
pod tym wzgl�dem �ar�oczny apetyt - rzek� Wantage tonem przepowiedni, odwracaj�c
si� oszpecon�, po�ow� twarzy do otaczaj�cej ich �ciany zieleni. - By�oby
wskazane, aby�my przestali skaka� sobie do oczu i oszcz�dzali naszych mieczy na
inne brzuchy.
Niech�tnie przyznali mu racj�.
Marapper otrzepa� sw�j kr�tki p�aszcz przygl�daj�c mu si�
uwa�nie - by� pokrwawiony na brzegu.
- A teraz idziemy spa� - powiedzia� - w�amiemy si� do
pierwszego lepszego pomieszczenia i rozbijemy tam ob�z. Tak b�dziemy sp�dzali
sny. Nie mo�emy przebywa� na korytarzach, byliby�my zbyt widoczni. W pokoju
mo�emy wystawi� stra� i spa� spokojnie.
- A czy nie lepiej, �eby�my przed snem oddalili si�
bardziej od Kabin? - zapyta� Complain.
- Je�eli ja co� radz�, to radz� najlepiej rzek�
Marapper. - Czy my�licie, �e kt�rykolwiek z tych leniwych sukinsyn�w nadstawi
swego cholernego karku pakuj�c si� w nieznany teren, gdzie �atwo o zasadzk�? Nie
b�d� strz�pi� sobie j�zyka odpowiadaj�c na te wasze idiotyczne pytania; powiem
kr�tko i w�z�owato: macie robi� to, co wam ka��. Na tym w�a�nie polega jedno��;
bez jedno�ci jeste�my niczym. Trzymajcie si� twardo tej zasady, to prze�yjemy.
Roy? Ern? Wantage? Fermour?
Kap�an patrzy� im w twarze, jakby przeprowadza�
identyfikacj�. Pod jego spojrzeniem mru�yli oczy niby cztery senne s�py.
- Przyj�li�my ju� te warunki - rzek� zniecierpliwiony
Fermour. - Czego chcesz od nas wi�cej, mamy ci mo�e ca�owa� buty?
Mimo �e wyrazi� w ten spos�b ich wsp�lny pogl�d, pozosta�a
tr�jka zacz�a na niego powarkiwa�. �atwiej im by�o na niego ni� na kap�ana.
- Moje buty mo�esz ca�owa� dopiero, gdy zas�u�ysz sobie na
to wyr�nienie - rzek� Marapper. - Ale ja chc� od was czego� wi�cej. ��dam nie
tylko, aby�cie s�uchali mnie bez dyskusji, ale r�wnie� aby�cie nigdy nie
zwracali si� przeciwko sobie nawzajem. Nie oczekuj�, by�cie ufali sobie, ani
niczego r�wnie g�upiego. Nie ��dam �amania dogmat�w Nauki - je�eli mamy si� uda�
w D�ug� Podr�, zrobimy to ortodoksyjnie. Nie mo�emy sobie jednak pozwoli� na
nieustanne k��tnie i napa�ci, dobre czasy w Kabinach sko�czy�y si� bezpowrotnie.
Niekt�re z niebezpiecze�stw, na jakie mo�emy by� nara�eni, znamy, s� to mutanci,
Obcy, inne szczepy i wreszcie straszni ludzie z Dziobu. Nie mam jednak
w�tpliwo�ci, �e mo�emy natkn�� si� na niebezpiecze�stwa, o kt�rych nic nie
wiemy. Je�eli odczuwacie niech�� do kt�rego� z waszych towarzyszy, zachowajcie
lepiej to uczucie dla czego� nie znanego, przyda si�.
Popatrzy� na nich badawczo. - Przysi�gajcie - rzek�.
- To wszystko bardzo pi�kne - mrukn�� Wantage. -
Oczywi�cie, ja si� zgadzam, ale to oznacza wyrzeczenie si� w�asnej osobowo�ci.
Je�eli tego po nas oczekujesz, i my w zamian oczekujemy czego� od ciebie,
Marapper - �e sko�czysz z tym ca�ym gadaniem. Po prostu powiedz nam, o co ci
chodzi, a my si� zastosujemy, ale bez wys�uchiwania tych wszystkich przem�wie�.
- Zupe�nie s�usznie - rzek� szybko Fermour, zanim dosz�o do
nowej dyskusji - na mi�o�� _ bosk�, przysi�gnijmy i k�ad�my si� spa�.
Zgodzili si� zrezygnowa� z przywileju k��tni i z kap�anem
na czele ruszyli mi�dzy festonami glon�w. Tymczasem Marapper wyci�gn�� ogromny
p�k magnetycznych kluczy. Po kilku metrach natrafili na pierwsze drzwi.
Zatrzymali si� i kap�an zacz�� pr�bowa� jeden po drugim klucze w p�ytkim zamku.
Complain poszed� dalej i po minucie us�yszeli jego g�os.
- Tutaj s� wy�amane drzwi! - zawo�a�. - Widocznie
przechodzi� t�dy jaki� inny szczep. Zaoszcz�dzimy sobie k�opot�w, je�li
wejdziemy tutaj.
Podeszli do niego rozgarniaj�c szeleszcz�ce ga��zie. Drzwi
by�y otwarte na szeroko�� palca - patrzyli na nie z niepokojem. Ka�de drzwi by�y
niewiadom�, wej�ciem w nieznane, wszyscy znali opowiadania o �mierci, kt�ra
czai�a si� za zamkni�tymi drzwiami, a strach by� w nich ugruntowany od wczesnego
dzieci�stwa.
Unosz�c paralizator Roffery kopn�� drzwi. Otworzy�y si�.
Da�y si� s�ysze� drobne kroki, po czym zapad�a martwa cisza. Pok�j by� bardzo
du�y, ale ciemny; �r�d�o �wiat�a zosta�o zniszczone - jak dawno? Gdyby pok�j by�
o�wietlony, glony w swej niestrudzonej pogoni za �wiat�em sforsowa�yby drzwi,
ale ciemnych zakamark�w nie lubi�y jeszcze bardziej ni� cz�owiek.
- Tu s� tylko szczury - rzek� Complain oddychaj�c z trudem.
- Wchod�, Roffery. Na co czekasz?
Bez s�owa Roffery wyci�gn�� latark� ze swego tobo�ka i
zapali� j�. Ruszy� naprz�d pierwszy, pozostali t�oczyli si� za nim. Pok�j by�
wyj�tkowo du�y, osiem krok�w na pi��, i ca�kiem pusty. Nerwowe �wiat�o latarki
Roffery'ego ujawni�o krat� sufitu, nagie �ciany i pod�og� zawalon� poniszczonymi
przedmiotami. Zar�wno krzes�a, jak i biurka, kt�rych szuflady by�y powyci�gane,
a zawarto�� rozrzucona woko�o, nosi�y �lady gwa�townych uderze� zadanych
siekier�. Lekkie, metalowe stela�e by�y pogi�te i le�a�y w kurzu. Pi�ciu
m�czyzn sta�o na progu rozgl�daj�c si� podejrzliwie i zastanawiaj�c si�, jak
dawno mia� miejsce ten akt barbarzy�stwa, czuj�c go niemal w powietrzu, gdy�
akty gwa�tu w odr�nieniu od cn�t prze�ywaj� tych, kt�rych s� dzie�em.
- Mo�emy tu spa� - rzek� kr�tko Marapper. - Roy, zajrzyj za
te drzwi po drugiej stronie.
Drzwi, kt�re wskaza�, by�y otwarte do po�owy. Odsun�wszy
po�amane biurko Complain pchn�� je i ukaza�a si� ma�a �azienka. Porcelanowa
umywalka by�a pot�uczona, przewody doprowadzaj�ce wod� wyrwane ze �ciany, na
kt�rej zna� by�o �lad starej rdzy. Woda nie lecia�a ju� od dawna. Complain
ogl�da� �azienk�, gdy nagle brudny, bia�y szczur wyskoczy� z rumowiska, zatoczy�
�uk i unikn�wszy kopni�cia Fermoura schowa� si� w g�szczu glon�w.
- To wystarczy - powiedzia� Marapper. Teraz zjemy, a
potem poci�gniemy losy, kto b�dzie sta� na warcie.
Jedli, oszcz�dnie czerpi�c z zapas�w, kt�re mieli w
torbach, i dyskutuj�c w czasie jedzenia nad celowo�ci� wystawiania stra�y.
Poniewa� Fermour i Complain uwa�ali to za konieczne, a Roffery i Wantage za
zb�dne, g�osy by�y idealnie podzielone, a kap�an nie zdradza� ch�ci
rozstrzygania sporu. Jad� w milczeniu, wytar� delikatnie r�ce w szmat� i maj�c
nadal pe�ne usta rzek�:
- Roffery, ty b�dziesz czuwa� jako pierwszy, a Wantage jako
drugi i w ten spos�b b�dziecie mieli od razu sposobno�� udowodnienia swojej
racji. W czasie nast�pnego snu czuwa� b�d� i Fermour i Complain.
- M�wi�e�, �e mamy ci�gn�� losy - powiedzia� gniewnie
Wantage.
- Zmieni�em zdanie.
Powiedzia� to tak stanowczo, �e Roffery instynktownie
wycofa� si� z ataku.
- S�dz�, �e ty, ojcze, nigdy nie b�dziesz sta� i na
stra�y? - zauwa�y�.
Marapper roz�o�y� r�ce, a na twarz przywo�a� wyraz
dzieci�cej niewinno�ci.
- Moi drodzy przyjaciele, wasz kap�an czuwa nad wami ca�y
czas, zar�wno w czasie snu, jak i jawy.
Zmieniaj�c nagle temat wyci�gn�� z p�aszcza jaki� okr�g�y
przedmiot.
- Za pomoc� tego przyrz�du - rzek� od kt�rego
przewiduj�co uwolni�em Zilliaca, b�dziemy mogli naukowo ustali� czas czuwania,
aby �aden z was nie mia� wi�cej obowi�zk�w od drugiego. Widzicie, �e ma on po
jednej stronie ko�o z�o�one z cyfr oraz trzy wskaz�wki. Nazywa si� to zegar i
odmierza czas, tak�e czas czuwania. Skonstruowali go w tym celu Giganci, co
oznacza, �e mieli tak�e do czynienia z szale�cami i Obcymi.
Complain, Fermour i Wantage ogl�dali zegar z
zainteresowaniem, Roffery, kt�ry styka� si� z takimi przedmiotami w czasie
swojej pracy wyceniacza, siedzia� z wynios�� min�. Kap�an odebra� swoj� w�asno��
i zacz�� kr�ci� ma�y guzik znajduj�cy si� z boku przyrz�du.
- Robi� to, aby dzia�a� - wyja�ni� �askawie. - Z trzech
wskaz�wek ta ma�a porusza si� bardzo szybko, mo�emy j� ca�kowicie pomin��. Dwie
du�e poruszaj� si� z r�n� szybko�ci�, ale nas interesuje tylko ta wolniejsza.
Widzicie, �e dotyka teraz cyfry osiem. B�dziesz czuwa�, Ern, tak d�ugo, a�
wskaz�wka dotknie cyfry dziewi��, potem obudzisz Wantage'a. Wantage, kiedy
wskaz�wka poka�e cyfr� dziesi��; obudzisz nas wszystkich i ruszymy w drog�.
Jasne?
- Gdzie p�jdziemy? - spyta� pos�pnie Wantage.
- B�dziemy o tym m�wi�, jak si� wy�pimy - rzek� stanowczo
Marapper. - Sen jest teraz najwa�niejszy. Obudzicie mnie, je�eli kto� b�dzie si�
porusza� za drzwiami, ale bez fa�szywych alarm�w. Bywam bardzo rozdra�niony,
kiedy przerywa mi si� sen.
Po�o�y� si� w k�cie, kopn�� po�amane krzes�o, kt�re mu
przeszkadza�o, i zacz�� szykowa� si� do snu. Bez wahania wszyscy poszli w jego
�lady, z wyj�tkiem Roffery'ego, kt�ry przygl�da� im si� z niech�ci�.
Le�eli ju� wszyscy na pod�odze, gdy Wantage odezwa� si� z
wahaniem:
- Ojcze, ojcze Marapper - w jego g�osie brzmia�o b�aganie.
- Czy nie zechcesz pomodli� si� o ca�o�� naszej sk�ry?
- Jestem zbyt zm�czony, aby zajmowa� si� czy jak�kolwiek
sk�r� - odpar� Marapper.
- Kr�tk� modlitw�, ojcze.
- Jak sobie �yczysz. Dzieci, przestrzeni dla naszego ja,
m�dlmy si�.
Le��c na brudnej pod�odze zacz�� si� modli�. Pocz�tkowo
s�owa nie mia�y wi�kszej si�y, ale w miar� jak si� zapala�, modlitwa nabra�a
mocy.
- O �wiadomo�ci, oto jeste�my tutaj niegodni, aby by� Twoim
naczyniem, gdy� wiadome nam jest, i� mamy wiele wad i nie dok�adamy
dostatecznych stara�, aby je w sobie zwalcza�, co jest przecie� naszym
obowi�zkiem. Jeste�my biedni i biedne jest nasze �ycie, ale maj�c Ciebie nie
jeste�my pozbawieni wszelkiej nadziei. O �wiadomo�ci, b�d� �yczliwym sternikiem
tych pi�ciu skromnych ��dek, gdy� wi�cej jest nadziei dla nas, ich �eglarzy, ni�
dla tych wszystkich, kt�rzy pozostali, i dlatego jest w nas wi�cej miejsca dla
Ciebie. Azali� nie wiemy, �e gdy Ciebie zabraknie, pojawi si� Tw�j wr�g,
Pod�wiadomo��, pozw�l wi�c, aby my�li nasze nale�a�y tylko do Ciebie. Uczy�
nasze r�ce szybszymi, nasze ramiona silniejszymi, nasz wzrok ostrzejszym, nasz
gniew gwa�towniejszym, aby�my mogli pokona� i zabi� wszystkich, kt�rzy nam si�
przeciwstawiaj�. Pozw�l nam rozp�dzi� ich i porazi�! Daj nam rozwlec ich
wn�trzno�ci po ca�ym statku! Daj, aby�my doszli w ko�cu do pot�gi Ciebie pe�ni i
w Twoim b�d�c wy��cznie posiadaniu. Pozw�l, aby Twa iskra p�on�a w nas tak
d�ugo, a� wr�g nas powali i dla nas tak�e zacznie si� D�uga Podr�.
Intonuj�c modlitw� kap�an uni�s� si�, ukl�k� i wyci�gn��
nad g�ow� r�ce, co wszyscy po nim powt�rzyli, na koniec za� wyprostowa� rami� i
zgodnie z rytua�em wykona� ruch palcem wzd�u� gard�a.
- No, a teraz zamknijcie si� - rzek� ju� swym normalnym
g�osem uk�adaj�c si� ponownie w swoim k�cie.
Complain le�a� oparty o �cian�, z g�ow� na torbie. Spa�
zwykle lekko, jak zwierz�, bez okres�w drzemki mi�dzy spaniem i przebudzeniem. W
tym jednak niecodziennym otoczeniu le�a� z wp�przymkni�tymi oczyma staraj�c si�
my�le�. My�li te by�y wy��cznie tylko uog�lnionymi obrazami: puste pos�anie
Gwenny, Marapper stoj�cy z triumfem nad zw�okami Zilliaca, Meller i skacz�ce
zwierz�, kt�re ros�o mu pod palcami, g�sta ciecz wygotowuj�ca �ycie z Ozberta
Bergassa, napi�te mi�nie na karku Wantage'a gotowego natychmiast odwr�ci� g�ow�
od ciekawych spojrze�, stra�nik Twemmers osuwaj�cy si� bezw�adnie w ramiona
Marappera. Wszystkie te obrazy ��czy� znamienny fakt: dotyczy�y one jedynie
tego, co by�o, przysz�o�� natomiast nie wywo�ywa�a �adnych obraz�w. Pod��a�
teraz za jakim� nierealnym celem, wkracza� w ciemno��, o kt�rej m�wi�a i kt�rej
ba�a si� jego matka.
Nie wyci�ga� �adnych wniosk�w, nie traci� czasu na
zmartwienia; wr�cz odwrotnie - czu� co� w rodzaju nadziei zgodnie z popularnym
powiedzeniem, kt�re brzmia�o: „Diabe�, kt�rego nie znasz, mo�e pokona� tego,
kt�ry ci jest znany„.
Zanim zasn��, dostrzeg� pok�j s�abo o�wietlony z korytarza,
a przez zewn�trzne drzwi fragment wiecznej g�stwiny. W niezmiennym i
bezwietrznym upale nieustannie szele�ci�y glony, od czasu do czasu s�ycha� by�o
cichy trzask, gdy nasienie wpada�o do pokoju. Ro�liny ros�y tak szybko, �e gdy
si� Complain obudzi�, m�ode by�y o kilkana�cie centymetr�w wy�sze, a stare
spl�ta�y si� w okolicy przeszkody, jak� stanowi�y �cianki dzia�owe. Wkr�tce
zar�wno jedne, jak i drugie mia�a zniszczy� ciemno��. Nie u�wiadamia� sobie
jednak, widz�c t� nieustann� walk�, jak bardzo to wszystko przypomina ludzkie
�ycie.
nast�pny |